Legia Warszawa w ramach podejmowała na własnym stadionie Raków Częstochowa 26. kolejki PKO BP Ekstraklasy. Po wyrównanym spotkaniu padł bramkowy remis 1:1. Gole zdobywali kolejno, dla Rakowa Częstochowa Lamine Diaby-Fadiga, a dla „Wojskowych” Jean-Pierre Nsame z rzutu karnego.
Fakty są takie, że ostatnie wyniki Legii znacząco się poprawiły, do czego też nawiązuje tytuł tego artykułu. I tak – nie przegrała od siedmiu spotkań, co w teorii możemy uznać za naprawdę świetny wynik. Tym bardziej, że podopieczni Papszuna mierzyli się w tym czasie z groźnymi rywalami pokroju Jagiellonii czy właśnie Rakowa Częstochowa. Co jednak z tego, jeżeli pięć z tych siedmiu meczów to remisy, a więc Legia Warszawa na 21 możliwych w tym czasie do zdobycia punktów, zainkasowała zaledwie 11. A to dla zespołu walczącego dziś realnie o utrzymanie jest wynikiem niespełniającym pokładanych oczekiwań. Jak gra Legia? Czy jest lepiej? Na to postaraliśmy się odpowiedzieć w tym artykule.
Remis. #LEGRCZ 1:1 pic.twitter.com/yPlj8Yj6B9
— Legia Warszawa 🏆 (@LegiaWarszawa) March 22, 2026
Raków nie grał dobrze, a Legia wcale nie lepiej
Zaczniemy od krótkiego omówienia spotkania. Generalnie nie był to wybitny mecz do oglądania i raczej mało który kibic wyszedł ze stadionu podekscytowany dobrym widowiskiem. Zaczął Raków, który już w 6′ minucie strzelił gola po błędzie Jean-Pierre’a Nsame oraz Rafała Augustyniaka, który dał uciec strzelcowi, Diaby’emu-Fadidze – piłkarzowi, który w sumie od początku zdecydowanie się wyróżniał. Jednak tak szczerze mówiąc, niewiele więcej w samej pierwszej połowie jest do omówienia. Legia cieszyła się niewielką przewagą, jednak na nic nie potrafiła przełożyć na konkrety. Raków był bezbarwny – zupełnie tak jak Legia, co kontynuowało się również w drugiej części meczu. Legia dłużej utrzymywała się przy piłce, jednak prawdę mówiąc, groźniejszymi szansami mogli pochwalić się raczej przeciwnicy. Gola ostatecznie strzelili jednak „Wojskowi”. I takim wynikiem skończył nam się ten mecz – 1:1.
To, z czego zapamiętamy ten mecz, to przede wszystkim fakt, że akurat w przypadku Legii, trener nie do końca pomógł jej swoimi decyzjami. Przede wszystkim personalnymi – i nade wszystko tymi, które związane były z reagowaniem na bieżące wydarzenia boiskowe. Z całym szacunkiem do trenera Papszuna, jednak wydawał się w tym spotkaniu nie widzieć tego, jak słabo grali niektórzy zawodnicy. Vahan Bichakhyan był prawdopodobnie najgorszym piłkarzem Legii na boisku, a zagrał aż 85 minut. Już w pierwszej połowie aż prosił się swoją grą o zmianę. A patrząc na jego poprzednie mecze w tym sezonie, być może w ogóle nie powinien wychodzić na boisko.
Oceniając już całą kadencję Marka Papszuna, w tym meczu serio było widać w Legii pewne poukładanie – ten zespół wbrew pozorom zalicza postęp. Przede wszystkim jest zorganizowany w defensywie. Jednak sama gra do przodu, kreatywność budowania akcji – to „leży”. To wymaga znacznej poprawy, jeżeli Legia chce zacząć osiągać sukcesy. I w tym już zadanie Papszuna. Kadrę ma i na razie wyciąga nie do końca zadowalające wyniki. Czas pokaże.
Mecz niewykorzystanych szans
W tej kolejce potknęła się i Arka Gdynia, i Widzew Łódź, i Pogoń Szczecin, i Radomiak Radom – także niemal cały przekrój rywali w walce o utrzymanie Legii Warszawa. Wydawała się to idealna szansa na to, aby stłamsić i pokonać przemęczony grą na kilku frontach Raków Częstochowa. Mogli uciec potencjalnym zwycięstwem na dwa punkty ze strefy spadkowej. A skończyło się jak zawsze – niczym konkretnym, zmarnowaną szansą…
Dogodnej okazji nie wykorzystali raczej również ci, którzy mieli robić różnicę – taki Nsame niby strzelił gola, jednak nie był bardzo przekonujący w swojej grze. Tak samo, jak Adamski, który dostał w końcu szansę w pierwszym składzie. Mecz ten realnie mógł być szansą, aby kosztem Rajovicia zyskać przez któregoś z nich pierwszy skład. Nie wyszło – Papszun dalej będzie miał ból głowy…
Przeskokiem jakości z mimo wszystko niezłego ostatnio Kacpra Chodyny miał być wracający po poważniejszym urazie Paweł Wszołek. Jak to on, biegał, walczył – po prostu był. Jednak daleko mówić tu o wyróżniającym się elemencie układanki i bardziej podobać mogła się mogła gra takiego Patryka Kuna. Również nie wykorzystał szansy – od dłuższego czasu i przed kontuzją wyglądał przeciętnie, nie nawiązując ani trochę do swojej topowej dyspozycji.
No jego mecz to nie jest…
Słusznie pojawia się w jego miejsce Kacper Urbański #LEGRCZ #Legia #Biczachczjan https://t.co/hWyFi0sl5T pic.twitter.com/4M9oKaD2zH
— Kamil Seliga (@KamillSeliga) March 22, 2026
To co wspominaliśmy jednak wcześniej, najgorszym zawodnikiem Legii – a być może nawet na boisku, był Vahan Bichakhyan, którego długo można było serio bronić. Dziś jest to jednak piłkarz, który przestaje się powoli klubowy przydawać – o ile kiedykolwiek się przydawał, szczerze mówiąc. Gubi się, nieraz jest niedokładny, brak mu stabilności w formie – porażka na wielu poziomach, a Papszun na to pozwala, wprowadzając go na boisku kosztem Kacpra Urbańskiego czy Wojciecha Urbańskiego. Szczególnie pokrzywdzony wydaje się ten drugi. Gra bardzo niewiele, niczego w tym sezonie „nie zepsuł”, ale dalej nie dostaje realnych szans. Może szansa nadejdzie… Ale ile można?
Walka o utrzymanie trwa w najlepsze
Przez stratę punktów musimy wciąż traktować Legię jako jedną z kilku ekip, której zagląda w oczy widmo spadku z ligi. I nawet jeżeli Legia ma kadrę na miejsce zdecydowanie ponad to, co osiąga i teoretycznie powinniśmy traktować Legię jednak jako z tych wszystkich zespołów uwikłanych w pojedynku o ligowy byt najpoważniej, wciąż trzeba brać taką ewentualność pod uwagę. Walka o utrzymanie trwa i przynajmniej do pewnego momentu będzie trwała. Do końca sezonu zostało im jedynie osiem spotkań – 24 punkty możliwe. A na rozkładzie:
- Pogoń Szczecin (W),
- Górnik Zabrze (D),
- Zagłębie Lubin (D),
- Lech Poznań (W),
- Widzew Łódź (D),
- Bruk-Bet Termalica Nieciecza (W),
- Lechia Gdańsk (W),
- Motor Lublin (D).
Terminarz na papierze nie wygląda najgorzej i nie oszukujmy się – w takiej formie, nawet jeżeli gra nie zachwyca, Legia powinna się utrzymać. Rzeczywistość zweryfikuje.